Designed by Karol Orze - http://www.soligraf.com Designed by Karol Orze - http://www.soligraf.com
Józef Mroczek: w podziemiu PDF Drukuj Email
Archiwum Bocheńskiej Solidarności - Wspomnienia
Wpisany przez Józef Mroczek   
poniedziałek, 14 grudnia 1981 01:00


W podziemiu

W latach 1980-1981 byłem przewodniczącym KZ NSZZ „S" w Kopalni Soli w Bochni. Organizacja związkowa obejmowała prawie 95% blisko 700 osobowej załogi kopalni. Jesienią 1981 roku, mimo napiętej sytuacji politycznej, nie docierały do nas sygnały o bezpośrednim zagrożeniu. Były jakieś podejrzenia dotyczące zakłóceń w funkcjonowaniu telefonów i teleksów, ale nie traktowaliśmy tego zbyt poważnie. W przeddzień ogłoszenia stanu wojennego wyjechałem do brata, który mieszkał w Wodzisławiu Śląskim. O wprowadzeniu stanu wojennego dowiedziałem się od zapłakanej matki, która wróciła z kościoła. Pamiętam jak małe dzieci brata narzekały, że telewizja nie nadała porannych bajek. Dla mnie ogromnym problemem stał się powrót do Bochni, gdyż nic funkcjonowała komunikacja Zacząłem intensywnie poszukiwać taksówkarza, który by mnie zawiózł, ale nie było chętnego. Dopiero po paru godzinach udało mi się namówić jednego za niemałe pieniądze. Był mocno wystraszony, gdy przejeżdżaliśmy przez Śląsk; na ulicach, a zwłaszcza na rogatkach miast stało pełno wojska i czołgów. Po paru godzinach, nic zatrzymywani, dojechaliśmy w końcu do Bochni. W mieszkaniu, które wtedy wynajmowałem, dowiedziałem się od wystraszonej właścicielki, że 12 grudnia o godz. 11 w nocy przyszła po mnie milicja. Wtedy zabrałem parę niezbędnych ubrań, mały telewizor i szybko wyszedłem. Noc spędziłem w pobliskim Zakładzie Przetwórstwa Hutniczego (obecnie „Stalprodukt"). Już wtedy działał tam komitet strajkowy, gdyż był to zakład o produkcji ciągłej i protest rozpoczęła nocna zmiana. Na czele stali Orzeł, Oleksiński i Uczkiewicz.
W poniedziałek, 14 grudnia, wcześnie rano przedostałem się do swojej kopalni. Zwołałem szybko Komisję Zakładową, a zaraz potem w dużej sali odbyło się spotkanie załogi. Większością głosów podjęliśmy uchwałę o ogłoszeniu strajku okupacyjnego. Część ludzi była mu jednak przeciwna. Wspierali mnie mocno mój zastępca, nieżyjący już Bolesław Nakielny i Krzysztof Jodłowski oraz Sylwester Jachowicz. Cały teren kopalni został zablokowany, tuż za bramami utworzyliśmy barykady z koparki i spychacza. Rano ksiądz z parafii św. Mikołaja odprawił dla nas Mszę Sw. na dużej sali. To podniosło trochę ludzi na duchu. O godzinie 10 rano zaczęli z nami pertraktować wojskowi, byli też mocno wystraszeni, bo pod ziemią mieliśmy 3 tony dynamitu. Rozpuściliśmy wtedy plotkę, że jak nas zaatakują, to wysadzimy kopalnię w powietrze. Oczywiście była to bujda, gdyż od razu zabezpieczyliśmy magazyn z materiałami wybuchowymi. Uzgodniliśmy, że rotacyjnie jedna zmiana załogi pójdzie do domu po prowiant i umyć się, a po jej powrocie druga zrobi to samo. Puściliśmy też kobiety z administracji. W momencie, gdy część ludzi poszła, nastąpił atak. Jak ludzie zobaczyli wojsko i milicję, zaczęli panikować. Najpierw przez mur przeskoczyła kilkudziesięcioosobowa grupa uderzeniowa. Szybko opanowali różne pomieszczenia większość z nich zdewastowali. Pracownicy nie stawiali oporu, kilku ludzi zostało jednak pobitych. Większość załogi, ok. 250 osób, zaczęło się koncentrować na dużej sali. Po pewnym czasie grupa uderzeniowa wycofała się, a na teren kopalni wkroczyło ZOMO. Dowodził nim, o ile dobrze pamiętam, pułkownik Ceglarski. Zaczęła się selekcja ludzi na tych, których można wypuścić. Odbywało się to na podstawie wcześniej przygotowanej listy.

W grupie internowanych znalazł się Bolesław Nakielny. Potem z domu wzięli jeszcze Teofila Wojeiechowskiego. W pierwszym momencie dołączono mnie do grupy przeznaczonej do zatrzymania. Zostałem skuty i wepchnięty do „suki" z dwoma milicjantami. Zaczęli mnie straszyć, że pojadę na „białe niedźwiedzie". Jednak po godzinie, gdy już wszystkich rozdzielili, wróciłem do sali. Tam pułkownik odczytywał dekret o stanie wojennym, potem zadawano mu pytania. Następnie zrobili taki szpaler do bramy i każdego indywidualnie legitymowali. Jeszcze kilku ludzi zatrzymali, a reszcie kazali się rozejść. Byłem przekonany, że mnie zgarną, tymczasem kazali mi iść dalej. Wyszedłem za bramę i kilkaset metrów poniżej kopalni spotkałem się z chłopakami. Uzgodniliśmy, że od jutra będziemy znowu strajkować. Nagle dobiegł do nas kolega i krzyczy „Józek, sp..., bo chcą podłogą za Tobą zrywać!".

Okazało się, że na liście pułkownika Ceglarskiego była wpisana "Józefa Mroczka", więc szukali dziewczyny. Od początku było widać, że dowodzę strajkiem więc mnie wzięli do „suki". Ale gdy nie znaleźli mnie na liście, wypuścili za bramę. Gdy podchodziłem do domu, bo chciałem zabrać jakieś rzeczy, aby iść z powrotem do huty, gdzie jeszcze trwał strajk, zobaczyłem w moim pokoju zapalone światło i jakieś osoby. To mnie uratowało. Gdyby nie zapalili światła, zostałbym schwytany. Wycofałem się, ale nic bardzo wiedziałem, co dalej robić,

Przypomniałem sobie jednak, że ksiądz, który odprawiał msze. św, na kopalni, mówił, że gdyby coś się działo, to należy dać znak. Poszedłem więc na plebanię do parafii św. Mikołaja. Tam porozmawiałem z proboszczem Wójtowiczem, który zaproponował mi nocleg u siebie. Po dwóch lub trzech dniach pożyczyłem od niego sutannę oraz kapelusz i wyszedłem na miasto. Liczyłem, że może spotkam kogoś ze znajomych, kto pomoże mi się wydostać z Bochni. Nie miałem tam żadnej rodziny. Na ulicy spotkałem jednego znajomego, który długo mi się przyglądał, a potem spytał „Józek, to Ty?" Jednak gdy chciałem porozmawiać, wystraszony zaraz się oddalił. Ludzie się wtedy jednak bardzo bali. Nie pozostawało mi nic innego, jak wrócić na plebanię. Przebywałem tam prawie do świąt Bożego Narodzenia, Dołączył do rnnie Zbyszek Dulemba, szef Delegatury „S" w Bochni, który też musiał się ukrywać. Zajmowaliśmy wtedy jeden pokój zaraz za kancelarią. Zaczęły do nas jednak docierać sygnały, że milicja zaczyna się interesować kościołem. Pewnego dnia do kancelarii wkroczył kapitan SB i oświadczył księdzu Wójlowiczowi, że wie, iż tu jesteśmy. Słyszeliśmy to wszystko i byliśmy pewni, że zaraz wejdą do naszego pokoju. Jednak nie zdecydowali się przeszukać pomieszczeń. Wkrótce rozesłali za mną list gończy.

Sytuacja robiła się poważna. Zarówno ksiądz Wójtowicz, jak i my uznaliśmy, że trzeba opuścić plebanię. Przenieśliśmy się na drugą stronę ulicy do mieszkania zajmowanego przez dwie starsze siostry, które udostępniły nam jeden pokój. Nasze wcześniejsze obawy wkrótce się sprawdziły, milicja otoczyła plebanię i trzymała tam przez dwa dni posterunki. Mogliśmy to obserwować ze Zbyszkiem z okna naszego pokoju. Święta spędziliśmy u tych pań. Pamiętam, że telewizję oglądaliśmy leżąc na podłodze, przykryci kocem, żeby na zewnątrz nie było widać odblasku ekranu. Pokój cały czas był wygaszony, okien nie zakrywaliśmy, żeby nie wzbudzać podejrzeń. W pierwszych dniach stycznia 1982 opuściliśmy to mieszkanie. Pomogła nam się stamtąd wydostać Ewa Szwiec, siostra mojego kolegi Krzysztofa. Mieli oni w rodzinie księdza w Mikiuszowicach, który zgodził się nas przyjąć. Tam ukrywaliśmy się przez jakiś miesiąc. Stamtąd przenieśliśmy się na plebanię w Cerekwi nad Rabą, a następnie na kolejną plebanię w Okulicach, gdzie katechetą był, nieżyjący już, ksiądz Marian Kwaśniak, a proboszczem ks. Adam Mardeusz. Kontaktowaliśmy się ze światem tylko przez różnych kapłanów. W kwietniu rozstałem się z Dulembą. Nie wiem, gdzie się ukrywał, bo się wkrótce ujawnił i straciliśmy kontakt.

Miałem być przerzucony do Marcinkowic koło Nowego Sącza. Pojechaliśmy tam „maluchem" z ks. Kwaśniakiem, ale na miejscu okazało się, że tamtejszy proboszcz nic nie wiedział o naszym przybyciu. Jak powiedziałem mu, jaki jest mój status, absolutnie nie zgodził się, abym tam pozostał. Na szczęście ksiądz Kwaśniak miał we wiosce zaprzyjaźnioną rodzinę, więc postanowiliśmy u niej przenocować. Następnego dnia, z sercem na ramieniu, omijając różne posterunki, powróciliśmy do Okulic, Byłem tam jeszcze kilka dni, po czym pojechałem do Koziej Woli za Tarnowem, gdzie znów mieszkałem u księdza, jego nazwiska już nie pamiętam. Przebywałem tam około miesiąca i dopiero w czerwcu lub lipcu przetransportowano mnie do Krakowa. Tu zdarzyła się sytuacja trochę jak z sensacyjnego filmu. Czekałem w kościele św. Anny , trzymając w ręku połowę banknotu dwudziestozłotowego. Miał mnie odebrać ktoś. kto będzie miał drugą jego część. Po dłuższym czekaniu dosiadł się do mnie człowiek z brakującą połową - był to Wiesław Zabłocki. Pracował wtedy w Arcybiskupim Komitecie Pomocy przy krakowskiej Kurii. Wiesiek wywiózł mnie zaraz do Zagórzan k. Gdowa. Ulokowany zostałem w gospodarstwie należącym do Jerzego i Anny Hlebowiczów. Dla sąsiadów zostałem członkiem rodziny. Nikt się specjalnie nie interesował moją osobą. Uczestniczyłem nawet w pracach polowych, jeździłem traktorem. W Zagórzanach zaczęła się moja właściwa działalność konspiracyjna w ramach podziemnych struktur. Z ukrycia wyszedłem dopiero 27 grudnia 1984 roku. Wcześniej pertraktowałem z milicją za pośrednictwem Kurii przez ks. Łomnickiego, żądając gwarancji na piśmie, że nie zostanę aresztowany po ujawnieniu. Byłem już bodaj ostatnim ukrywającym się z dawnego woj. tarnowskiego. Oczywiście nie dali mi gwarancji na piśmie, ale obiecali, że nie pójdę siedzieć, gdy sam się zgłoszę. Zrobiłem to na komendzie MO w Tarnowie.

Józef Mroczek



Poprawiony: wtorek, 10 sierpnia 2010 17:25
 

Szukaj

Gościmy

Naszą witrynę przegląda teraz 2 gości 

Statystyka witryny

Użytkowników : 1
Artykułów : 317
Zakładki : 31
Odsłon : 254788

Polecane strony:

 

Portale lokalne

Moja Bochnia

Bochnianin

Czas bocheński